
Tego dnia pan Tomek niemal nie zauważył pani Zosi. Szedł głęboko zamyślony lub może nawet zadumany. Zapewne było to spowodowane ciężkimi chmurami, które pogrążyły cały świat w wilgotnym półmroku. A jednak pani Zosia odczuwała pewien rodzaj niepokoju, który przypominał brzęczenie komara nad łóżkiem w ciemności, że pan Tomek obraził się na ich poprzednie spotkanie z udziałem pana Waldemara.
Wprawdzie pani Zosia nie przyznałaby się do tego nawet przed sobą, ale ta obojętność pana Tomka była dla niej absolutnie nie do przyjęcia. Z promienną radością zawołała więc pana Tomka, ignorując jego ponure wpatrywanie się we własne myśli, a następnie złapała go za rękę, aby go zatrzymać. Był to zapewne ich pierwszy dotyk wykraczający poza standardowe przywitanie. Dlatego chłodna obojętność pana Tomka była szczególnie bolesna.
– Niemal pani nie zauważyłem, pani Zosiu – powiedział pan Tomek z tak naturalnym przekonaniem, że trudno było na tej podstawie stwierdzić jednoznacznie, czy pan Tomek udawał zaskoczenie widokiem pani Zosi tylko trochę, czy całkowicie.
– To przez tę pogodę, panie Tomku – powiedziała serdecznie pani Zosia, udając, że uwierzyła w wyjaśnienie pana Tomka. – Gdy jednak pomyślę o tej upiornie gorącej pogodzie sprzed dwóch tygodni, to wolę tę dzisiejszą chłodną mżawkę.
– Rzeczywiście, być może przez tę pogodę nie jestem dzisiaj w dobrym nastroju. Po prostu mam dość, bo utraciłem wiarę, że będzie lepiej.
– Mówi pan o pogodzie? Rzeczywiście bardzo nieprzyjemne są konsekwencje zmian klimatycznych. O to jednak walczymy, aby było lepiej. Niech się pan nie śmieje, bo wiem oczywiście, że jest pan sceptykiem, ale mnie plastikowe nakrętki przyczepione do butelek przywracają nadzieję. Może tego panu brakuje – wiary w nasz świat.
– Ja jestem człowiekiem wierzącym, pani wie...
– Ale ja nie mówię o zabobonach.
– Nieważne, pani Zosiu, ja wcale nie mówiłem o klimacie. Mówiłem o Polsce. Czy pani wie, że ja przez całe życie wierzyłem, że będzie lepiej? Przez calutkie życie wierzyłem, że teraz jest gorzej, ale za chwilę musi być lepiej, trzeba wytrzymać 5, 10, 15 lat i będzie lepiej.
A dzisiaj wie pani, co mi przyszło do głowy, gdy słuchałem AC/DC przed wyjściem na spacer? Że może jest gorzej przez moją wiarę, że będzie lepiej. Ja jestem winny.
– Panie Tomku, wydaje mi się, że nawet jak na pana to pan przesadza. Ani to nie jest pana wina, ani nie jest gorzej. Jest wspaniale i coraz lepiej. To prawda, że rządy prawicowych nazistów spowolniły rozwój Polski, ale tylko na chwilę, teraz znowu jest dobrze. Bardzo dobrze.
– Jak dobrze, pani Zosiu? Pani nie widzi, jak jest?
– Oczywiście, że widzę. PKB rośnie, bezrobocie spada, złotówka się trzyma, ceny przestały rosnąć, benzyna najtańsza w Europie, drogi najlepsze, wyniki PISA pokazują, że nasza edukacja ma coraz wyższy poziom, armia potężna, uzbrojona w F-35, Black Hawki, Abramsy, w sojuszu z NATO i Stanami Zjednoczonymi. Nigdy od setek lat nie byliśmy tak bezpieczni, a za służbę zdrowia się bierzemy i zobaczy pan, jakie będą efekty za dwa, trzy lata. Naprawdę pan tego nie widzi?
– To nie tak. Bo oczywiście, że widziałem jakieś dreptanie do przodu. I czepiałem się tych kroczków jak alkoholik niedopitych kieliszków po weselu. Na tym budowałem swoją nadzieję, że jeszcze trzeba poczekać, ale będzie lepiej. Aż...
– Widzi pan. Jest dobrze. Sam pan to przyznał!
– Aż wybuchła wojna na Ukrainie i nagle wszystko zaczęliśmy ładować w broń.
– To nie nasza wina. Musimy się bronić przed szaleństwem Putina. Taki nasz los. Ale te inwestycje się zwrócą. Będziemy bezpieczni i będziemy mogli się rozwijać. Trzeba tylko poczekać.
– Ja, pani Zosiu, czekam całe życie. Nie mamy teraz pieniędzy na edukację, na zdrowie, na poprawę warunków życia, rosną długi, które pozbawią nas szansy na rozwój nie tylko teraz, ale także w przyszłości.
– Nie, panie Tomku, właśnie dzięki potężnej armii będziemy mieli przyszłość. Bo Rosja będzie nas się bała. To jest właśnie inwestycja w przyszłość!
– I oddajemy tę broń Ukrainie.
– Bo ona teraz walczy. Proszę nie udawać, że pan nie rozumie. Ona, nasza broń walczy za nas na Ukrainie. Gdyby jej tam nie było, Ruscy byliby już tu u nas. Dzięki naszej broni wysłanej tam, wojna jest tam i nasi żołnierze nie giną. To jest najlepszy sposób wykorzystania naszej broni, jaki można sobie wyobrazić.
– Ale nie stać nas na jednoczesne finansowanie wojny ukraińskiej, budowanie własnej armii, kupowanie amerykańskiej broni, budowę Fortu Trump i inwestowanie w rozwój polskiej oświaty. Za krótka kołderka. Z czegoś trzeba zrezygnować. Oczywiście zrezygnujemy z oświaty, służby zdrowia i rozwoju Polski.
– Ale będziemy mieli najpotężniejszą armię w Europie, najnowocześniejsze amerykańskie uzbrojenie i stały garnizon amerykański na ziemiach polskich. Jeżeli wojna wybuchnie, da nam to przewagę nad Rosją.
– Jeżeli wybuchnie wojna, będzie jeszcze gorzej. Nawet gdybyśmy mieli przewagę.
– Właśnie dlatego, że będziemy mieli przewagę wojna nie wybuchnie. Putin się nie odważy.
– Wobec tego kupujemy sobie złom za olbrzymie pieniądze, którego jedynym przeznaczeniem będzie pójście na złom.
– Zyskujemy też coś ważniejszego – poparcie amerykańskiego sojusznika. Nawet jeżeli spowolni to nasz rozwój, to nie jest wygórowana cena za nasze bezpieczeństwo.
– Zyskujemy sojusznika czy raczej suwerena?
– I co z tego? W Ameryce jest demokracja, wolność słowa i najsilniejsza gospodarka świata. To nie jest Związek Radziecki. Jeżeli Stany Zjednoczone miałyby być naszym suwerenem, to ja się na to godzę.
– Panie Tomku, ależ pan potrafi zamieszać.
– Widzi pani, pani Zosiu, ja dzisiaj nie jestem dobrym partnerem do rozmowy. W każdym razie przez całe życie wierzyłem, że będzie lepiej, aż wybuchła wojna na Ukrainie i stało się oczywiste, że lepiej nigdy nie będzie. Więc być może to wszystko moja wina, gdyż im nigdy nie należało wierzyć. Nawet przez chwilę.
Po czym pan Tomek ukłonił się nisko i odszedł nawet bez podania ręki. A pani Zosia została zdruzgotana.
I nie chodziło o brak perspektyw, długi i wojnę. Chodziło o to, że pan Tomek odszedł jako pierwszy, co się nigdy do tej pory nie zdarzyło. Było to dla niej gorsze niż wojna na Ukrainie i cały dług publiczny.